Przejdź do treści

Kenia + Tanzania 2016

O Kenii i Tanzanii przed wyjazdem do Afryki wiedziałem niewiele. Na temat Kilimandżaro, Nairobi i Masajów pamiętałem tyle, ile dowiedziałem się wiele lat temu w czasie studiów etnologicznych. To część świata tak odległa, że  jeszcze kilkadziesiąt lat temu dla przeciętnego Polaka zwiedzanie jej było taką abstrakcją, jak eksplorowanie Księżyca. Dzisiaj w dobie promocji na tanie bilety lotnicze stała się osiągalna. Okazało się, że i ja mam realną szansę poznać dziewiczą przyrodę, wejść na najwyższy szczyt Afryki i zwiedzić ogromne miasta z ich zabytkami i slumsami.  Pomysł na wyjazd zaświtał mnie i mojemu przyjacielowi w podróżach Maćkowi po kolejnym wypadzie w Alpy i zdobyciu tam kilkunastu szczytów. Mieliśmy już na koncie Mont Blanc, który jest zaliczany do korony Ziemi i szybko sprawdziliśmy gdzie i czy da się zdobyć kolejne. Najbardziej osiągalne wydawało się nam właśnie Kilimandżaro. Chwila przeglądania internetu i okazuje się, że do Tanzanii podróżuje całkiem spora ilość Polaków, a na miejscu jest dość tanio. Wszelkie wątpliwości zostały więc rozwiane i postanowiliśmy, że jedziemy. Bilety kupiliśmy prawie pół roku przed wyjazdem za 2 tys. zł., ale słyszałem i o promocjach przed wylotami czarterowymi, gdy można je było nabyć już za 500 zł. To już naprawdę nie jest duża kwota biorąc pod uwagę kierunek wyprawy.

31 sierpnia zaszczepieni na wszelkie możliwe afrykańskie choroby i z ogromnymi plecakami przyjechaliśmy do Warszawy na lotnisko Chopina skąd ruszyliśmy przez Stambuł do Nairobi. To połączenie z przesiadką (która w naszym przypadku trwała 40 min) jest dużo tańszym rozwiązaniem niż lot bezpośredni do Kenii. Wybierając się na Kilimandżaro, które jest w Tanzanii, warto jednak lecieć najpierw właśnie do Kenii, gdzie znajduje się Serengetti i park narodowy Masaj Mara, a następnie autobusem przejechać tanzańską granicę. Dzięki temu w czasie jednej wycieczki zwiedzamy dwa państwa.

Przed samym wylotem mailowo skontaktowaliśmy się z lokalną firmą turystyczną, która miała nam pomóc w organizacji pobytu. Jadąc do Masaj Mara, czy wchodząc na Kilimandżaro, nie można tego robić na własną rękę.  Potrzebny jest organizator, który załatwi wszystkie niezbędne zezwolenia. Wypożyczy jeepa z kierowcą wożącego po Masaj Mara i zorganizuje wyprawę na dach Afryki (tragarze, kucharze, przewodnicy).

W Nairobi wylądowaliśmy o 2 w nocy i już po kilkunastu minutach siedzieliśmy w samochodzie pracownika firmy turystycznej, z którym wcześniej korespondowaliśmy. Dowiedzieliśmy się, że autobus do Tanzanii mamy dopiero rano (ponieważ naszą wyprawę chcieliśmy zacząć od wspinaczki) i do tego czasu proponuje pobyt w restauracji w centrum miasta. Prawie 40 minutową podróż spędziliśmy przyklejeni do szyb samochodu oglądając ciemną stronę miasta niczym z filmów kryminalnych: wałęsających się młodocianych bez celu, ogromną liczbę prostytutek  czy handlarzy narkotyków. Kierowca twierdził, że w restauracji będzie bezpiecznie i tam przeczekamy tych kilka godzin do odjazdu. Jednak już po kilku minutach od wyjścia z samochodu restauracja okazała się brudnym, obskurnym barem, gdzie od razu otoczył nas tłum żebraków i prostytutek. Zapewne byliśmy nie lada atrakcją owej nocy. Stojący kilkanaście metrów dalej młody policjant z pejczem nic sobie jednak nie robił z tej sceny, zapewne sam będąc ubawiony całą sytuacją. Spojrzeliśmy z Maćkiem po sobie i w ostatnim momencie przywołaliśmy ponownie naszego kierowcę każąc wieźć się do jakiegoś taniego hotelu, gdzie moglibyśmy przeczekać tych kilka godzin. Hotel- chyba tylko z nazwy- za który nas skasowano 30$, co jak na tamte ceny jest astronomiczną kwotą, miał ten plus, że nie byliśmy dalej na ulicy stając się dla kogoś łatwym celem zdobycia pieniędzy. Po 5h pojawił się ponownie kierowca odwożąc nas na dworzec autobusowy do Tanzanii. W czasie jazdy usłyszeliśmy, że jego szef utknął w korku i mamy mu dać kilkaset $ za organizację wspinaczki i safari. Nie może jednak wydrukować żadnego pokwitowania, bo zabrakło druczków.. Do tego strasznie nas popędzał. bo autobus zaraz odjedzie.  Co teraz? Czy zostać frajerem oddając obcej osobie w samochodzie prawie wszystkie pieniądze i wsiąść do autobusu wiozącego do innego państwa, czy szukać nowej firmy?  To drugie rozwiązanie wydało się nam mało realne, bo nie wiedzielibyśmy od czego zacząć (nawet nasze telefony nie działały w lokalnej sieci). Ryzykujemy- dajemy kasę i wsiadamy do autobusu, a raczej rozpadającego się busika, który wiezie nas kilkanaście godzin do Arushy w Tanzanii. Niewiele się do siebie odzywamy, z jednej strony oszołomieni trochę sytuacją, a z drugiej oczarowani widokami za szybą busa. Ogromne przestrzenie, sawanna, Masajowie wypasający wielkie stada krów i co jakiś czas mijane małe miasteczka przypominające widziane na filmach slumsy. Gdzieniegdzie na drewnianej budzie widzimy napis ‘hotel’ czy ‘szpital’. Nad tym wszystkim wszędzie umieszczane napisy Coca Cola. Odnosi się wrażenie, że ta korporacja kupiła Kenię i Tanzanię i wszędzie się podpisuje. Jak sami potem się zorientowaliśmy jest to produkt, który łączy w jakiś magiczny sposób Kenijczyka ze slumsów z bogatą Ameryką.. Coca Cola dająca poczucie więzi z mitycznym nieosiągalnym Eldorado w USA. Po kilkunastu godzinach podróży i przekroczeniu granicy docieramy do Arushy w Tanzanii (która znajduje się już tylko kilkanaście kilometrów od Kilimandżaro), prosząc w myślach wszelkie możliwe siły tego świata, by ktoś czekał na nas na dworcu. Kilka minut ogromnego napięcia i jest człowiek trzymający kartkę z naszymi imionami. Uratowani!  Kilka minut później jedziemy już do małego, ale bardzo przytulnego hoteliku w centrum miasta. Pierwsze, co nas bardzo uderzyło, to wszechobecna w Tanzani kultura rasta. Wszędzie słychać reagge, widzimy ludzi w dredach palących marihuanę na ulicy. Wydaje się, że człowiek jest na Jamajce, a nie w Tanzanii. Po zakwaterowaniu w naszym hotelu udajemy się do pobliskiej restauracji coś zjeść i wypić morze piwa za szczęśliwe dotarcie do celu. Następnego dnia rano już wypoczęci i zrelaksowani poznajemy naszych przewodników, tragarzy i kucharza, którzy mają nam towarzyszyć w czasie wspinaczki. Jeszcze w Polsce mailowo decydujemy się na zdobywanie Kilimandżaro najłatwiejszą trasą Marangu   (czyli zwaną tu oczywiście Coca Cola). Po kilku latach spania na każdej wyprawie w namiotach na lodowcu chcemy choć raz zaznać luksusu schronisk. Po załatwieniu formalności przy wejściu do parku ruszamy wraz z trójką Chińczyków wijącą się ścieżką prowadzącą przez las deszczowy. Witają nas małpy kradnąc biwakującym tu ludziom jedzenie, które jest chyba dla nich głównym źródłem pożywienia. Po pięciu godzinach docieramy na pierwszy nocleg. I tu nasze ogromne zdziwienie. Orientujemy się, że idziemy najtrudniejszą drogą na szczyt i wszystkie noclegi mamy w namiotach. Nie byliśmy na to przygotowani chociażby nie zabierając najcieplejszych śpiworów. No cóż- postanawiamy nie marudzić, tym bardziej, że kucharz przygotował nam pyszną wegetariańską kolację. Pierwszą noc przesypiamy jak zabici, temperatura nie była jeszcze minusowa. Kolejne trzy dni wspinaczki to ciągła zmiana zarówno pogody jak i krajobrazów. Początkowo kaktusy i bujne trawy zmieniają się w skalną pustynię. Ostatniej nocy przed samym zdobyciem szczytu jest już naprawdę zimno.  Trzęsę się w śpiworze mimo założenia wszystkich rzeczy jakimi dysponuję. Praktycznie nie śpię, bo już o 24 wstajemy i przy minusowej temperaturze rozpoczynamy podejście. Po 5h dostaję powoli hipotermii i nogi odmawiają mi dalszej wędrówki. Całe szczęście przewodnik poi mnie ogromnymi ilościami gorącej herbaty, co poprawia ciepłotę i samopoczucie. Jeszcze 1h i jesteśmy na szczycie! Niesamowity widok krateru znajdującego się na prawie 6 tysiącach metrów. Wschód słońca i radość ze zdobycia szczytu ogromna. 15 minut odpoczynku i rozpoczynamy  drogę powrotną, która tym razem trwa już tylko 2 dni w przeciwieństwie do 4 dni wspinaczki. Szczęśliwi schodząc mijamy kolejne ekipy składające się głównie z Anglików, za którymi czasami tragarze niosą przenośne toalety i krzesła. Wygląda to dość komicznie, a my przez cały pobyt czuliśmy się niezręcznie, że ktoś po raz pierwszy w czasie wspinaczki robi nam jedzenie i niesie namiot.  Po zejściu otrzymujemy jeszcze złote certyfikaty za pokonanie najtrudniejszej trasy i wracamy busem do naszego hotelu w pobliskiej Arushy. Oblewamy nasz sukces, a następnego dnia zwiedzamy miasto udając się między innymi na masajski targ, gdzie zaopatrujemy się w kilka pamiątek. Co jakiś czas na ulicy ktoś podchodzi, wita się z nami, pyta o to i o tamto, po czym żegna i skręca w swoją stronę. Wszyscy wydają się tu bardzo otwarci i przyjaźni.  Nie odczuwamy żadnej wrogości, czy chęci wyciągnięcia od nas pieniędzy. Następnego dnia rano wysyłamy jeszcze kartki i ponownie jedziemy trzydziestoletnim rozpadającym się busikiem do Kenii. Docieramy do Nairobi, gdy jest już późny wieczór i tym razem nikt na nas nie czeka na dworcu. Trochę zdenerwowani dzwonimy do naszych opiekunów i za 5 minut pojawia się taksówka, która zawozi nas do niewielkiego hoteliku. Wybraliśmy go sobie już w Polsce i nie rozczarowaliśmy się. Siedzimy w knajpce na dachu budynku, gdzie można sączyć piwo i obserwować z bezpiecznej odległości miasto nocą. Kolejny dzień to odwiedziny sierocińców dla słoni i żyraf pod miastem plus dzienne zwiedzanie Nairobi. Miasto za dnia wygląda zupełnie inaczej niż w nocy, gdy nas witało. Samo centrum przypomina niektóre europejskie stolice z wysokimi budynkami i wszędobylskimi reklamami. Na obrzeżach już dużo gorzej. Straszny brud, ogromna ilość pustostanów i wszędzie masa ludzi. Zapuszczamy się jednak w nawet bardzo zapuszczone uliczki, gdzie w ciągu dnia jest podobnie bezpiecznie. W końcu kolejnego ranka decydujemy się wyjechać na cztery dni z Nairobi do Serengetti, a właściwie jej części zwanej Masai Mara. To ogromny park narodowy znany z filmów National Geographic. Prawie 8h jazdy starym samochodem terenowym częściowo po całkowitych bezdrożach przyprawia nas prawie o chorobę morską. Docieramy wieczorem do pola namiotowego i jeszcze tego dnia wieczorem wjeżdżamy na teren parku. Przez najbliższe dwie godziny  praktycznie nie jesteśmy w stanie wydusić z siebie słowa zauroczeni tym, co widzimy przez szybę samochodu. Ogromne stada antylop, żyrafy, słonie, lwy. Nasz kierowca zna ich drogi wędrówki podjeżdżając czasami na kilka metrów od zwierząt. Przez kolejne trzy dni poruszamy się po parku jeżdżąc po 10h. Fotografujemy przeprawy zebr przez rzekę i czyhające na nie krokodyle.  Oglądamy wylegujące się na słońcu hipopotamy, sępy pożerające to, co pozostało po uczcie jakiegoś dużego drapieżnika czy stado lwów. Mamy wspaniałe widoki bezkresnej sawanny na każdym kilometrze drogi, na której toczy się serial zwanym życiem. Mamy po raz pierwszy w życiu możliwość zobaczenia tego na własne oczy. W końcu w ostatni dzień wyruszamy do Masai Mara jeszcze w nocy. Chcemy zobaczyć jak wygląda sawanna o poranku. Wschód słońca daje w tym miejscu tak niesamowite barwy, że oglądający to człowiek nie jest w stanie nigdy tego zapomnieć. No cóż- nasz czas się kończy i musimy wracać do Nairobi. Chcę zwiedzić jeszcze miasto ostatni raz wynajmując na kilka godzin motocyklową taksówkę, ale mój towarzysz podróży odchorowuje ciągle  wejście na Kilimandżaro i pomysł upada. W końcu wyrusza jeden dzień wcześniej do Polski. Ja te ostatnie godziny spędzam na spacerze po uliczce przed hotelem i restauracji na dachu budynku. Już wtedy rozumiem, że będę tęsknił za tym miejscem.  O 2 rano w nocy, czyli o tej samej godzinie, o której zobaczyłem Nairobi, wsiadam do taksówki wiozącej mnie na lotnisko. Czwarta rano wylot i dziewięć godzin później jestem już na lotnisku w Warszawie. Dziewięć godzin i ponad 11 tysięcy kilometrów za mną. Naprawdę świat robi się coraz mniejszy.