02/06 – Wylot z Warszawy
To była już moja trzecia podróż do Chin, ale emocje wcale nie były mniejsze niż za pierwszym razem. Wręcz przeciwnie – wiedząc, jak szybko to państwo się zmienia, byłem jeszcze bardziej ciekawy, co zobaczę tym razem. Chiny to kraj, który gołym okiem przeskoczył Zachód o dobre 10, może nawet 15 lat. Tam przyszłość to nie slogan – to codzienność.
Wylot z Warszawy przebiegł sprawnie, bez większych opóźnień. Przesiadka – jak zwykle – w Katarze, czyli lotnisku w Dosze, które można by spokojnie nazwać osobnym miastem. I to miastem, w którym noc nigdy nie zasypia. Choć była głęboka noc, terminale tętniły życiem. Gigantyczne przestrzenie, setki ludzi z całego świata, sklepy, restauracje, wszystko lśniące, klimatyzowane, perfekcyjnie zorganizowane. Miałem dwie godziny przerwy, które spędziłem głównie na dreptaniu i podziwianiu tej architektonicznej przesady. Trudno tam się zgubić – ale jeszcze trudniej nie poczuć się małym człowiekiem w środku globalnego mrowiska.
Następny lot – długi, ale znośny. Czekał już Chengdu, a potem przesiadka do Chongqingu. Wiedziałem, że to dopiero początek mocnych wrażeń.
03/06 – Chengdu → Chongqing, czyli pierwszy kontakt z Chinami 3.0
Po wylądowaniu w Chengdu pierwsze co – trzeba było wypłacić trochę gotówki. Mimo że Chiny to niemal bezgotówkowe społeczeństwo, zawsze warto mieć coś w kieszeni, bo nigdy nie wiadomo, czy akurat nie trafi się miejsce, gdzie zachodni portfel nie działa. Z Maćkiem i Przemkiem – moimi kompanami podróży – skierowaliśmy się od razu do punktu z kartami SIM. Internet to w Chinach sprawa priorytetowa, zwłaszcza że bez VPN-u Google, WhatsApp i inne zachodnie dobrodziejstwa przestają istnieć.
Niestety, akurat w tym punkcie mieli jakieś techniczne problemy i nie mogli nas obsłużyć. Postanowiliśmy więc przejść się kawałek, by rozprostować nogi po locie. Gdy wróciliśmy po dosłownie dziesięciu minutach, zastała nas scena jak z filmu: nagle zrobiła się konkretna kolejka, a my – ledwo żywi po podróży – nie mieliśmy siły stać i czekać, nie wiadomo jak długo. Decyzja była prosta: ruszamy od razu do metra i kierujemy się na dworzec kolejowy, skąd mieliśmy złapać szybki pociąg do Chongqingu.
Chińskie metro działa jak zegarek. Przejrzyste, czyste, bezpieczne, szybkie – ale dopiero to, co nas czekało na dworcu, pokazało skalę organizacji w tym kraju. Bo chińskie dworce… to już nie dworce, to lotniska. I to takie z najwyższej półki. Wszystko pod kontrolą: wejście do środka tylko przez bramki, prześwietlanie bagaży jak na odprawie lotniczej, skanowanie dokumentów, służby porządkowe na każdym kroku. Tłumy ludzi przemieszczających się w perfekcyjnym porządku – zero chaosu, mimo ogromnej skali.
Byliśmy trochę zaskoczeni, trochę zachwyceni. Widać było, że tu się nic nie dzieje przypadkiem. Wszystko zaprogramowane, zaplanowane. Przyszłość. I to nie przyszłość za pięć lat – to teraźniejszość, którą w Chinach się po prostu żyje.
03/06 – W drodze do Chongqingu – w sercu chińskiej megametropolii
Po krótkiej, ale konkretnej dawce chińskiej rzeczywistości na dworcu w Chengdu, wsiedliśmy do pociągu szybkiej kolei w kierunku Chongqingu. Chińskie pociągi to zupełnie inna liga niż to, do czego przywykliśmy w Europie. Wsiadasz do czystego, klimatyzowanego składu, który bardziej przypomina samolot niż pociąg, i zanim dobrze się rozgościsz, już jesteś u celu. Pociągi potrafią sunąć z prędkością dochodzącą do 350 km/h, choć na krótszych dystansach często jadą trochę wolniej – wciąż szybciej niż cokolwiek u nas. Mimo tej zawrotnej prędkości nie czuć drgań, nie słychać hałasu, wszystko płynie gładko.
Trasa prowadzi przez dziesiątki tuneli i wiaduktów – krajobraz co chwilę znika i znów się pojawia. Widać, jak wiele pracy włożono w to, żeby połączyć ogromne miasta siecią nowoczesnych tras kolejowych. To nie kolej, to krwioobieg nowoczesnych Chin.
Do Chongqingu dotarliśmy bardzo sprawnie – raptem nieco ponad godzinę drogi. Kolejna przesiadka – tym razem na metro – i po krótkiej podróży byliśmy już przy naszym hotelu. Położony w centrum miasta, tuż przy rzece Jangcy i niedaleko starego miasta, dawał idealną bazę wypadową.
A samo Chongqing… to miejsce, które wbija się w pamięć. Miasto-gigant, wyrastające z górzystego terenu, rozciągnięte wzdłuż rzeki, pełne mostów, serpentyn i wieżowców, które w nocy wyglądają jak z cyberpunkowego snu. To jedna z największych aglomeracji świata – żyje tu ponad 30 milionów ludzi – ale mimo tego, w jego centrum czuć spójność i rytm. Nic tu nie dzieje się przypadkiem, mimo pozornego chaosu wszystko ma swój porządek.
Rzeka Jangcy, która przepływa przez samo serce miasta, to jak tętnica – szeroka, majestatyczna, mętna i potężna. Obok niej druga rzeka – Jialing – tworzy z nią charakterystyczne rozwidlenie. Brzegi pełne są ludzi, spacerujących, ćwiczących tai chi, jedzących street food. Wieczorem całe nabrzeże rozświetla się tysiącami świateł – odbicia neonów tańczą na powierzchni wody, a między tym wszystkim suną cicho promy i łodzie turystyczne. W tle majaczą gigantyczne mosty wiszące i kilkupiętrowe autostrady, wijące się jak węże między budynkami.
Z jednej strony czujesz się jak w filmie science-fiction, z drugiej – jakbyś był w starym chińskim porcie, gdzie życie płynie zgodnie z rytmem rzeki, a wieczory pachną smażonym tofu i grillowanymi szaszłykami. Taki właśnie jest Chongqing – miasto kontrastów, ale przede wszystkim: energia. Nie da się tu przyjechać i nie poczuć tej fali, która pcha to miejsce do przodu. Jakby codziennie budziło się trochę inne niż dzień wcześniej.
03/06 – Chongqing nocą i pierwszy smak Chin
Nasz hotel mieścił się w jednym z licznych wieżowców w centrum miasta – i to nie byle jakim. Już sam fakt, że recepcja znajdowała się na… 11. piętrze, dawał przedsmak tego, z jakim rozmachem tu się buduje. Nasz pokój znajdował się na 9. piętrze, ale i tak widok był spektakularny. Przez wielkie okna mogliśmy podziwiać jak Chongqing pulsuje światłem – mosty rozświetlone na czerwono, odbicia neonów w wodzie, a w tle majestatyczna ciemność gór, które otaczają to miasto-giganta.
Na 11. piętrze, tuż obok recepcji, był jeszcze taras widokowy. Wieczorem wyszliśmy tam na chwilę i zaniemówiliśmy – panorama miasta zapierała dech. W dole – rozlewająca się Jangcy, a na horyzoncie morze świateł, wieżowców i mostów. I ta chińska mgiełka w powietrzu, która sprawia, że światło rozlewa się miękko i jakby nierzeczywiście.
Ale przyszła też pora na coś bardziej przyziemnego – byliśmy głodni, więc ruszyliśmy w miasto coś zjeść. I tu zaczyna się prawdziwa przygoda. Kuchnia chińska w samych Chinach to zupełnie inny świat niż to, co znamy z europejskich „chińczyków”. Tutaj wszystko żyje smakiem, zapachem, konsystencją, ogniem.
Jako wegetarianin nie mam najłatwiejszego życia w tej części świata – mięso, a szczególnie mięso w małych kawałkach i ukryte w sosie, to w Chinach norma. Ale jeśli wiesz, czego szukać – to raj. W Chongqingu, który słynie z pikantnej kuchni syczuańskiej, króluje ogień – chili i pieprz syczuański to dwa żywioły, które decydują o charakterze potraw.
Trafiliśmy na niewielką restaurację przy jednej z bocznych uliczek. Bez angielskich nazw, bez zdjęć w menu – za to pełną ludzi, co zawsze jest dobrym znakiem. Udało się zamówić coś w stylu ramenu z przyprawą, od której lekko drętwieje język – to właśnie pieprz syczuański daje taki efekt. Do tego herbata jaśminowa.
To było proste, ale autentyczne jedzenie. Gorące, aromatyczne, intensywne. Jedzenie w Chinach nie jest tylko po to, żeby się najeść – to doświadczenie. Każdy kęs niesie jakiś kontrast: coś chrupiącego i miękkiego, coś ostrego i chłodnego, coś, co zaskakuje język i każe zatrzymać się na chwilę.
Po kolacji przeszliśmy się jeszcze chwilę nabrzeżem. Miasto nie spało – Chongqing w nocy to żywioł. Ale zmęczenie po podróży dawało się już we znaki. Wróciliśmy do hotelu z głowami pełnymi wrażeń i brzuchami pełnymi ognia. A to był dopiero pierwszy wieczór.
04/06 – Bieg przez ukrop, stare miasto i wegańska uczta w chmurach
Kolejny dzień rozpoczął się dość nietypowo – od biegania. Z Maćkiem postanowiliśmy z samego rana zaliczyć trening wzdłuż Jangcy. W Chongqingu wzdłuż rzeki ciągnie się dreptak, który idealnie nadaje się do biegania – szeroki, gładki, z widokiem na wodę i mosty, które przecinają niebo jak gigantyczne stalowe łuki.
Zrobiliśmy 10 kilometrów, ale łatwo nie było. Wilgotność powietrza była wręcz absurdalna, a temperatura już rano przypominała piekarnik – czułem się, jakbym się dosłownie rozpuszczał z każdym kolejnym kilometrem. Pot lał się strumieniami, ale było coś hipnotyzującego w tym biegu – dźwięki miasta, zapachy z porannego street foodu, widok rzeki, która ani na chwilę nie zwalnia.
Po powrocie do hotelu i szybkim odpoczynku, ruszyliśmy w miasto. Najpierw – stare miasto. Wąskie uliczki, czerwone lampiony, kamienne schodki, małe sklepiki z pamiątkami i lokalnymi smakołykami. Czuć tam ten specyficzny klimat dawnej, przedindustrialnej Chin – jakby czas się zatrzymał, mimo że dookoła wyrosły szklane wieżowce. W powietrzu unosił się zapach kadzideł, mokrego betonu i smażonego tofu.
Potem dla kontrastu – nowoczesne centrum miasta, czyli główny deptak. Ogromne, luksusowe sklepy, wieżowce z neonowymi reklamami, tłumy ludzi w markowych ciuchach i niezliczone ekrany LED. Wszystko zrobione z rozmachem, jakby miało podkreślać: patrzcie, przyszłość już tu jest. Ulice lśniły, a całe miasto zdawało się świecić własnym światłem.
Po intensywnym zwiedzaniu przyszedł czas na zasłużony posiłek. Znaleźliśmy w necie wegańską restaurację, która okazała się absolutnym strzałem w dziesiątkę. Mieściła się na 6. piętrze wieżowca – wjeżdżasz windą, drzwi się otwierają i nagle trafiasz do zielonej, spokojnej oazy z panoramicznymi oknami i widokiem na miasto. Za równowartość 12 złotych – jesz ile chcesz, ile razy chcesz i ile czasu chcesz. Czyste wegańskie niebo: różne dania na parze, smażone warzywa, tofu, zupy, duszone bakłażany, ryż z ziarnami, słodkie kluski, owoce… wszystko świeże, domowe i pełne smaku. Dla wegetarianina – raj na ziemi.
Po jedzeniu oczywiście znów musiał być spacer. Chongqing wieczorem to zupełnie inne miasto – tętniące kolorami, światłem i dźwiękiem. Sklepiki z pamiątkami, śmieszne gadżety, magnesy na lodówkę – obowiązkowo. Targowiska żyją swoim rytmem, a ulice stają się sceną: ktoś gra, ktoś śpiewa, ktoś tańczy.
Na koniec dnia, już bardzo późno, zeszliśmy nad samą wodę. Brzeg Jangcy nocą to magia – łagodne fale odbijające światła miasta, szum rzeki, powiew wilgotnego powietrza. Usiedliśmy na schodkach i przez chwilę nie mówiliśmy nic. Bo czasem nie trzeba – wystarczy patrzeć i chłonąć.
05/06 – Wzgórze, zagubiony telefon i wieczorny spacer po mieście
Dzień rozpoczęliśmy od pysznego śniadania w hotelu – nic spektakularnego, ale jak zawsze w Chinach – świeżo i smacznie. Po posiłku z Przemkiem postanowiliśmy ruszyć na jedno z bardziej malowniczych wzgórz, skąd rozciągał się niesamowity widok na całe miasto. To była trasa widokowa, której nie można było przegapić – szeroka ścieżka z pięknymi punktami widokowymi, a na jej szczycie wieża widokowa, z której podziwialiśmy całe miasto. Niestety, tego dnia wszystkie knajpki na szczycie były zamknięte, więc nie udało się usiąść na tarasie i napić kawy, ale sam widok wynagrodził wszystko. Z góry Chongqing wyglądało jak gigantyczny labirynt świateł i ulic, a rzeka Jangcy wije się jak wąż, ciągnąc się przez serce miasta.
Obok wieży widokowej, dosłownie kilka kroków wyżej, ukryta była przepiękna świątynia. Jej ozdobne ołtarze, mistyczna atmosfera, dźwięki modlitw i ciepłe światło, które wpadało przez otwarte drzwi, tworzyły klimat pełen spokoju. Zatrzymaliśmy się tam na chwilę, chłonąc ciszę, która była tak kontrastowa do zgiełku miasta poniżej.
Jednak tego dnia mieliśmy i mniej przyjemną przygodę – Przemek zgubił swój telefon. Próbowaliśmy go znaleźć, chodząc w tę i z powrotem po tych samych ścieżkach, które wcześniej przemierzaliśmy, ale niestety bez skutku. Przez chwilę byliśmy mocno zniechęceni – zwłaszcza że telefon w takim miejscu mógł być łatwo zabłąkany gdzieś w tłumie. Po kilku godzinach poszukiwań wróciliśmy do hotelu, a wieczór zapowiadał się już tylko na powolny relaks i zbieranie sił przed nadchodzącą podróżą.
Wieczorem postanowiliśmy jeszcze raz ruszyć na miasto. Znowu zatłoczone ulice, zapach smażonych przekąsek, migające neony i gwar – życie w Chongqingu nie zwalniało nawet o zmroku. Wędrowaliśmy po uliczkach, trochę kupiliśmy pamiątek, trochę popatrzyliśmy na lokalnych sprzedawców i ulicznych artystów. Tłumy ludzi były wszędzie – przepełnione chodniki, ruchliwy transport, ale mimo to miasto miało w sobie jakąś niepowtarzalną energię.
Po kolacji wróciliśmy do hotelu – zmęczeni, ale pełni wrażeń. Wiedzieliśmy, że czeka nas wczesna pobudka, bo już o 8:00 rano mieliśmy wsiadać w pociąg na drugi koniec miasta. Z samego rana musieliśmy się dostać na dworzec, który był w zupełnie innej dzielnicy, więc musieliśmy wstać wcześnie, żeby zdążyć. Zanim jednak położyliśmy się spać, jeszcze raz spojrzeliśmy na miasto z okna – cała ta miriada świateł zdawała się nie kończyć. Chongqing nigdy nie zasypia.
06/06 – Lijiang – spokój, tradycja i niecodzienne eksperymenty kulinarne
Po południu dotarliśmy do Lijiang. Choć podróż pociągiem była szybka, tym razem coś sprawiło, że droga dłużyła się niesamowicie. Może to przez zmiany krajobrazu, może przez zmęczenie – ale Lijiang wydawał się być odległą oazą, do której zmierzaliśmy w nieskończoność. Na dworcu wysiedliśmy i, tym razem zamiast metra, postanowiliśmy wziąć taksówkę, bo Lijiang nie ma systemu metra. Mimo że to miasto nie jest aż tak duże, to wprowadzało nas w klimat spokoju i wytchnienia, który miał nas otaczać przez resztę pobytu.
Lijiang to jedno z tych miejsc, które po prostu trzeba poczuć. Stare miasto, z jego wąskimi, krętymi uliczkami, kamiennymi domami z czerwonymi dachówkami i odgłosami wodospadów, które szumią w tle. To miejsce, gdzie czas płynie wolniej, a każdy krok na brukowanej uliczce wydaje się częścią jakiejś legendy. W centrum znajduje się słynna Stara Dzielnica, wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest to prawdziwy skarb, zachowany w swojej pierwotnej formie, z licznymi kanałami wodnymi, mostkami, pagodami i drewnianymi budynkami, które skrywają wielowiekową historię. Każdy zakamarek tego miasta opowiada jakąś historię, a spacerowanie po nim to jak podróż w czasie.
Po zakwaterowaniu w naszym kameralnym hotelu – małym, ale przytulnym, z typowymi drewnianymi elementami, którymi Lijiang tak urzeka – ruszyliśmy na miasto. Na początku poszliśmy na pieszo, ale szybko stwierdziliśmy, że lepiej będzie wziąć taksówkę, by dotrzeć do starego miasta. I tak, zaraz po wejściu do tej historycznej dzielnicy, poczuliśmy się jak w innym świecie. Główne ulice pełne były turystów, ale mimo to miasto zachowało swój unikalny, tradycyjny klimat. Wśród drewnianych sklepików, restauracji i ulicznych straganów, niósł się zapach świeżo gotowanego jedzenia – lokalnych przysmaków, które mogłyby zawrócić w głowie każdego smakosza.
Dla nas – zmęczonych, po kilku dniach intensywnych przygód – idealnym wyborem na obiad okazała się europejska knajpka. Coś prostego, dla odmiany od chińskich smaków. Choć Lijiang oferuje mnóstwo lokalnych specjałów, w tej chwili po prostu miałem ochotę na coś bardziej znajomego: kawałek pizzy, burgera, może jakieś świeże sałatki. I choć wydawało się to turystyczne, nie żałowaliśmy, bo pozwoliło to na chwilę odpocząć i zregenerować siły.
Po posiłku ruszyliśmy na dalszy spacer po uliczkach starego miasta, które o tej porze dnia miały szczególny urok. Mimo że większość sklepów była już zamknięta, miasto nadal tętniło życiem. Lijiang to miejsce, które zmienia się wieczorem – kiedy rozświetlają się lampiony, a uliczki stają się nieco cichsze, ale bardziej nastrojowe.
I właśnie wtedy Przemek postanowił zrobić coś, co najlepiej podsumowuje klimat tego miejsca. Na jednym z lokalnych straganów kupił sobie… skorpiona. Do tego pająka i jakieś inne tajemnicze stworzenie, które wyglądało jak jedzenie tylko dla odważnych. Z zapachem przypraw, smażonymi owadami i dziwnym poczuciem, że to dla niego moment pełen odwagi, dał się namówić. Zapłacił za to kawałek grosza – ale podobno nie tego się spodziewał. „Wszystko smakowało tak samo” – stwierdził po fakcie, z lekkim rozbawieniem, bo i trudno było je odróżnić. Choć sama myśl o jedzeniu skorpiona i pająków mogła być dla mnie nie do przejścia, Przemek miał z tego niezłą frajdę.
Wieczorem, zmęczeni całym dniem pełnym wrażeń, wróciliśmy do hotelu. Lijiang o tej porze wyciszało się, a my – padnięci po intensywnych wrażeniach – zapadliśmy w głęboki sen, wiedząc, że czeka nas kolejny dzień pełen odkryć.
07/06 – Dwa stare miasta i pyszny hot pot z grzybami
Kolejny dzień w Lijiang i kolejna przygoda. Po śniadaniu ruszyliśmy ponownie na zwiedzanie. Lijiang to nie tylko jedno, ale dwa stare miasta, które różnią się głównie wielkością – jedno bardziej turystyczne, drugie spokojniejsze, ale obydwa mają tę samą, niepowtarzalną atmosferę. Zabudowa jest bardzo podobna: wąskie uliczki, drewniane domy z czerwonymi dachówkami, mostki nad kanałami, kolorowe lampiony. Obie części miasta pełne są sklepików z rękodziełem, pamiątkami i lokalnymi specjałami, ale każda z nich ma swój unikalny charakter.
Miasto ma coś w sobie, co sprawia, że nie chce się z niego wychodzić. Tylko krótki spacer, a już człowiek czuje się, jakby przeniósł się w czasie.
Wieczorem postanowiliśmy spróbować czegoś naprawdę lokalnego – hot pota. To jedno z najbardziej znanych dań chińskich, a w Lijiang postanowiliśmy spróbować wersji z grzybami. Hot pot to nic innego jak rodzaj gotowanego na stole bulionu, w którym gotujemy różne składniki. Sam proces jest częścią zabawy – dostajemy duży garnek wypełniony gorącym, wrzącym bulionem, który stawia się na stole, a następnie dodaje się do niego różne składniki: mięso, ryby, warzywa, tofu, a w wersji, którą wybraliśmy, także grzyby. Grzyby, które w Lijiang serwowane były świeże, zebrane z okolicznych gór, miały wyjątkowy smak. Wszystko gotuje się w bulionie, który można wybierać z różnych opcji: łagodny lub ostry, przyprawiony aromatycznymi ziołami, chili i czosnkiem. To danie pełne smaku, które łączy w sobie ostrość, umami i różnorodność tekstur.
Hot pot to coś więcej niż jedzenie – to rytuał, który ma na celu nie tylko zaspokojenie głodu, ale także integrację i dzielenie się posiłkiem. Gotowanie składników we wspólnym garnku sprawia, że każdy kęs jest wyjątkowy, pełen aromatów i smaku. Kiedy dodawaliśmy kolejne składniki do bulionu, czuliśmy się częścią tradycji, która ma tysiące lat. Danie z grzybami było niezwykle smaczne i sycące – grzyby miały mięsistą konsystencję i głęboki, leśny smak, który idealnie komponował się z łagodnym bulionem.
Po kolacji poszliśmy jeszcze na krótki spacer, by poczuć klimat starego miasta nocą – lampiony rozświetlały wąskie uliczki, a powietrze było pełne zapachów przypraw i smażonego jedzenia. Wieczorem wróciliśmy do hotelu, pełni wrażeń i gotowi na kolejny dzień.
08/06 – Kanion Skaczącego Tygrysa – przygoda wśród gór i słońca
Po kolejnym poranku w Lijiang, pełnym spokoju i uroku tego górskiego miasta, ruszyliśmy w kierunku jednej z najpiękniejszych atrakcji w regionie – Kanionu Skaczącego Tygrysa. Z samego rana wsiedliśmy do małego autobusu, który po około dwóch godzinach drogi zatrzymał się na początku kanionu. Droga była kręta, a widoki coraz bardziej zapierały dech w piersiach – otaczały nas góry, a w oddali widać było wąską, dziką rzekę, która tworzyła kanion. Był to czas, w którym naprawdę poczułem, że jesteśmy w sercu natury, z dala od cywilizacji.
Kanion Skaczącego Tygrysa (Tiger Leaping Gorge) to jeden z najgłębszych kanionów na świecie, o długości około 16 kilometrów, który rozciąga się wzdłuż rzeki Jingsha. Niezwykłe w tym miejscu jest nie tylko jego majestatyczna wielkość, ale również legenda, która związana jest z jego nazwą. Według lokalnej opowieści, tygrys przeskoczył rzekę w tym miejscu, co miało symbolizować siłę i nieokiełznaną moc natury. I rzeczywiście, stojąc na krawędzi kanionu, trudno było nie poczuć tej mocy, która bije z każdego kamienia, z każdego szczytu gór. Wokół nas było tylko kilka innych osób, a cisza była absolutna, przerywana jedynie szumem wiatru i śpiewem ptaków.
Po wysypaniu się z autobusu, ruszyliśmy na szlak, który prowadził przez całą długość kanionu. Poczuliśmy od razu, że to będzie długa, wyczerpująca wędrówka. Kanion wznosił się i opadał, a my wspinaliśmy się po wąskich ścieżkach, które przecinały wysokie, skaliste ściany. W ciągu dnia słońce grzało niemiłosiernie, a w powietrzu unosił się pył z rozgrzanych kamieni. Po drodze mijaliśmy wspaniałe widoki na dziką rzekę, jej turkusową wodę, która wije się wśród skał jak wąż, a z jednej strony kanionu rozciągały się rozległe pola i wioski.
Mimo ogromnego zmęczenia, nie dało się oderwać wzroku od widoków – góry, które niemalże dotykały nieba, potężne, nieosiągalne. Z każdej strony kanionu wznosiły się strome zbocza, a my, krocząc po wąskich ścieżkach, czuliśmy się jak maleńkie punkty w ogromnym, górskim krajobrazie. Ostatnia część szlaku była najbardziej wymagająca – spieczone słońcem ścieżki, wąskie mostki, strome zejścia, ale mimo trudności, nie było momentu, byśmy żałowali tej wędrówki.
Po około siedmiu godzinach wędrówki, spakleni słońcem, dotarliśmy do wioski, która znajdowała się na końcu kanionu. To było prawdziwe wytchnienie – mała wioska, spokojna, cicha, z widokiem na góry. Wynajęliśmy pokój w małym hoteliku, który miał swój niepowtarzalny, lokalny klimat. Gospodarze przyjęli nas serdecznie, a po kilku godzinach wytchnienia, poczuliśmy się, jakbyśmy na chwilę wrócili do rzeczywistości, choć otaczała nas natura. Warto było włożyć tyle wysiłku w dotarcie tutaj – miejsce miało coś magicznego, a cisza, która panowała w tej wiosce, była jak balsam na zmęczone ciało i umysł.
10/06 – Wyprawa na szczyt Haby – droga do Base Camp i samotna wspinaczka
Kolejnego dnia, po porannym dojeździe do wioski Haba, mieliśmy jeden dzień na regenerację sił przed wspinaczką na szczyt góry Haba. Wioska była niewielka, cicha, zlokalizowana w samym sercu gór, gdzie czas płynął wolniej. Cały dzień spędziliśmy na odpoczynku, starając się zebrać siły na nadchodzącą wyprawę. Kolejnego dnia czekała nas ciężka wspinaczka – do Base Camp na drodze prowadzącej na szczyt Haby.
Wczesnym rankiem ruszyliśmy, a 7 godzin wspinaczki nie dawały nam chwili wytchnienia. Szlak prowadził przez strome podejścia, kamieniste ścieżki i wąskie grzbiety górskie. Im wyżej, tym trudniej było złapać oddech. Wysokość zaczynała dawać się we znaki – rześkie powietrze zamieniało się w coraz rzadsze, a brak tlenu stawał się wyraźnie odczuwalny. W końcu dotarliśmy do Base Camp, który leżał na wysokości, gdzie niektórzy już zaczynali odczuwać problemy zdrowotne. To miejsce, które pomimo swojej surowości, miało swój niepowtarzalny urok. Baza była prosta – baraki z blachy, w którym z nami nocowali inni wspinacze. Namioty, drewniane prycze, minimalne wyposażenie, ale za to niesamowity widok na otaczające szczyty.
W tym Base Camp spotkałem Chińczyków, którzy również się tam zatrzymali – ludzie, którzy regularnie wędrowali po górach. Jeden z nich znał rosyjski, więc rozmowy szły nam łatwiej. Wymieniliśmy się doświadczeniami, opowieściami o górach, o wspinaczkach, o wrażeniach z podróży. Mimo że byliśmy daleko od cywilizacji, to te rozmowy pozwalały mi poczuć, że świat jest pełen ciekawych ludzi.
Po chwili odpoczynku poszedłem na 3 godziny snu, wiedząc, że w nocy ruszam na szczyt Haby. O godzinie 1:00 w nocy wstałem, gotowy na najtrudniejszy etap tej wyprawy. Mój przewodnik był już gotowy, by wyruszyć. Cała wspinaczka na szczyt to jedno wielkie wyzwanie – podejście było naprawdę mordercze. Wysokość sprawiała, że oddech stawał się coraz trudniejszy, a z każdym krokiem czułem, jak moje ciało walczy o tlen. Nocą widoczność była ograniczona, ale nie przeszkadzało mi to – skupiałem się na każdym kroku, idąc powoli, ale pewnie, wiedząc, że nie mogę się poddać.
Po wielu godzinach trudnej wspinaczki w końcu dotarliśmy na szczyt Haby. Widok był niesamowity. Wokół mnie rozciągały się tylko szczyty gór, a w dole widać było chmurki, które wkrótce zniknęły w górskich dolinach. Na szczycie stał słupek z oznaczeniem wysokości – to tu zdobywcy gór dostawali medal za dotarcie na szczyt. Byłem pierwszą osobą, która tego dnia zdobyła szczyt, a reszta wspinaczy dotarła później – zaledwie kilka osób tego dnia udało się dotrzeć na wierzchołek.
Zrobiliśmy kilka zdjęć przy słupku, z medalem, który otrzymałem na pamiątkę od przewodnika. Chwile radości na szczycie nie trwały jednak długo – czas mijał, a trzeba było zacząć schodzić w dół. Wspomnienia ze szczytu były piękne, ale z każdym krokiem powrotnym docierało do mnie zmęczenie. Po kilku godzinach trudnego zejścia w końcu dotarłem do Base Camp. Było już późne popołudnie.
Jednak nie miałem zbyt wiele czasu na odpoczynek. Mimo zmęczenia musiałem natychmiast zacząć schodzić w dół do wioski, gdzie czekali na mnie Maciek i Przemek. Schodziłem znowu przez godzinny szlak, aż w końcu dotarłem do wioski. Przemek już wrócił z Maciekiem, ponieważ po wizycie u lekarza musiał wrócić do wioski – zdrowie było najważniejsze. Mimo że zmęczony, nie miałem teraz czasu na odpoczynek, bo musiałem wrócić do Lijiang tego samego dnia.
11/06 – Regeneracja w Lijiang, świątynia i prawdziwa uczta
Po dniu pełnym trudów związanych z wyprawą na szczyt Haby, wróciliśmy do Lijiang i znowu zamieszkaliśmy w tym samym hotelu. Tym razem miałem pokój jednoosobowy – idealne miejsce na chwilę wytchnienia po całym tym szaleństwie. Znalazłem dużą wannę, napełniłem ją wodą i po prostu zanurzyłem się w niej, leżąc przez ponad godzinę. To była jedna z najwspanialszych chwil relaksu w tej podróży – ciepła woda, cisza i błogie nicnierobienie. Mimo zmęczenia, czułem, jak moje ciało się regeneruje.
Kolejnego dnia spotkaliśmy się z chińskim przewodnikiem, którego poznałem kilka lat wcześniej, kiedy byłem po raz pierwszy w Chinach. Zabrał nas do ogromnego kompleksu klasztornego, który znajdował się na obrzeżach Lijiang. Przewodnik miał świetne rozeznanie w regionie, więc wiedział, gdzie warto się udać, aby poczuć prawdziwy klimat Chin. Kompleks klasztorny był majestatyczny, z rozległymi dziedzińcami, wieloma świątyniami i starymi budynkami, które wznosiły się w kierunku nieba. Aby dotrzeć do jednej z głównych świątyń, trzeba było zrobić półgodzinny spacer pod górkę. Po wczorajszej wspinaczce na Haba każdy dłuższy spacer stał się wyzwaniem, ale nie chcieliśmy przegapić okazji, by zobaczyć tę wspaniałą część kompleksu.
Spacer był wyczerpujący, ale widoki były tego warte. Mimo że powietrze było coraz rzadsze i każdy krok sprawiał trudności, zbliżaliśmy się do szczytu, gdzie stała ogromna świątynia. Była to budowla pełna spokoju, gdzie mnisi medytowali, a wokół unosiła się zapach kadzideł. Zatrzymaliśmy się tam na chwilę, by poczuć atmosferę tego miejsca – pełnego tradycji i ciszy. To był kontrast do dzikiego, pełnego energii dnia poprzedniego na Haba, ale bardzo potrzebny. Przewodnik opowiadał nam o historii tego miejsca, o duchowości, o tym, jak klasztory w Chinach były miejscem nie tylko modlitwy, ale także nauki i schronienia dla podróżnych.
Po wizycie w świątyni przewodnik zaprosił nas na obiad do swojej ulubionej knajpki. Znał naprawdę fajne miejsce, w którym podawano prawdziwie chińską kuchnię. To była prawdziwa uczta! Jedzenie było pyszne, a lokal miał ten niezwykły, autentyczny klimat, który można znaleźć tylko w takich miejscach, z dala od turystycznych szlaków. Na stole pojawiły się różne dania: aromatyczne zupy, smażone warzywa, tofu w sosie, a także potrawy, których nie widziałem nigdy wcześniej. Smaki były intensywne, pełne przypraw i ziół, a każda potrawa miała swój wyjątkowy charakter. Po obiedzie czuliśmy się naprawdę zadowoleni i naładowani pozytywną energią – nie tylko od pysznego jedzenia, ale i od samego miejsca.
13/06 – Podróż do Chengdu, relaks na basenie i ostatni dzień w Chinach
Podróż z Lijiang do Chengdu trwała praktycznie cały dzień – Chengdu jest oddalone od Lijiang o spory kawałek, ale komfortowy pociąg sprawił, że podróż minęła całkiem przyjemnie. Zamiast nużyć się, spędziłem czas, podziwiając zmieniające się krajobrazy przez okno. Zaczynały się wznosić wyższe góry, a po chwili otoczyły nas pagórki i rozległe doliny. Chińska wioska, która przechodziła za nami, wyglądała tak spokojnie, że ciężko było uwierzyć, że zaraz dotrzemy do jednego z najbardziej rozwiniętych miast w kraju.
Po przyjeździe do Chengdu, miasta słynącego z m.in. pand i niezwykle smacznej kuchni, poczułem, że jest to zupełnie inny świat niż Lijiang – bardziej nowoczesny, z rozwiniętą infrastrukturą i większym tempem życia. Następnego dnia rano postanowiliśmy z Przemkiem pojechać na basen. Po całym tygodniu intensywnego zwiedzania i wspinaczek, mieliśmy ochotę na chwilę relaksu. Basen w Chengdu był naprawdę ładny – przestronny, z dużymi basenami, w których można było się zrelaksować, pływać i odpocząć po tygodniu pełnym przygód.
Po relaksie na basenie, resztę dnia postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzanie miasta. Chengdu to metropolia z ogromnym temperamentem – choć widać tu nowoczesność, wciąż zachowuje wiele z chińskiego uroku, szczególnie w swoich tradycyjnych dzielnicach. Miasto słynie z ulicznych sklepów, herbaciarniach, a także ze swojej lokalnej kuchni. Odwiedziliśmy kilka miejsc, które stanowiły kontrast do zgiełku wielkich miast: małe zakątki, pełne sklepików i jedzenia, gdzie można było spróbować lokalnych smakołyków, jak zupa z makaronem dan dan i pikantne przekąski.
Po zwiedzaniu Chengdu przyszedł czas na nasz ostatni dzień w Chinach. Wróciliśmy do hotelu, zapakowaliśmy nasze rzeczy i wczesnym rankiem ruszyliśmy w kierunku lotniska, gdzie czekała na nas długa podróż powrotna. To był koniec naszej chińskiej przygody, która dostarczyła nam niezapomnianych wspomnień i doświadczeń.



































































































































